Wczoraj postanowiłem obejrzec Battle: Los Angeles, ocene w imdb ma film slaba, bo raptem 6 i dosyc skrajne recenzje, jedni jecza, ze to zło totalne, inni się podniecają. No to mówie - zobacze. Film miał budżet 70.000.000$, więc sporo. I co za te 70 baniek?
Praktycznie zero scenariusza, wizalnie średnio, słaba reżyseria, marne zdjęcia.
Jak można zjebać fabułe filmu o kosmitach atakujących świat? Czy naprawde przy takim budżecie nie można ogarnąć sensownego scenarzysty? Ale po kolei. (troche pospojluje)
Głównym bohaterem jest sierżant co mu na jakiejś misji ludzie pogineli, typ ma doła, chce odejść z armii a tu inwazja. Ile razy już to widzieliśmy?
Jako, że jego poprzedni team trafił szlag przydzielają go do nowej ekipy, która mu nie ufa, bo przecież poprzedni jego ludzie zgineli, na domiar złego ma nad sobą niedoświadczonego młodzika. Ile razy już to widzieliśmy?
Zaczyna sie inwazja, obcy atakują pod osłoną meteorytów. Ile razy już to widzieliśmy?
Obcy oczywiście przylecieli po nasze surowce. Ile razy już to widzieliśmy?
Kosmici są brzydcy, mają jakieś egzoszkielety, szybko niszczą nasze armie, zostaje tylko team naszego bohatera, który wymyśla, że trzeba zniszczyć centrum operacyjne obcych, żeby.. no wiadomo. To też już widzieliśmy.
Na końcu - mimo ogromnej przewagi - marines niszczą centrum dowodzenia obcych jako pierwsi na ziemi tym samym pokazując reszczcie świata jak ich wykończyć. Does it ring a bell?
No właśnie, i tu jest pies pogrzebany, WSZYSTKO już to gdzieś widzieliśmy. I właśnie dlatego ten film jest słaby.
Wczoraj po nocy oceniłem go na 7, dzisiaj stwierdzam, że chyba byłem mocno zaspany bo ledwo zasługuje na 5.
Reasumując - nie polecam ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz